Emengen (Stowarzyszenie) Bioenergoterapeutów

Na potrzeby Internetu „Emengen (Stowarzyszenie) Energoterapeutów z miasta Oriin” przyjęło roboczą nazwę „Emengen (Stowarzyszenie) Bioenergoterapeutów”.

Kim jesteśmy?

„Emengen (Stowarzyszenie) Energoterapeutów z miasta Oriin” jak i "Emengen (Braterstwo) Uzdrowicieli Duchowych z miasta Oriin" składa się z ludzi, którzy od lat pracują nad swoją duchową czystością, nad własnym człowieczeństwem, jak i nad podnoszeniem poziomu mocy, wynikającej właśnie z duchowej czystości. Mimo posiadania wszelkich obowiązujących uprawnień cechowych, gwarantujących wysoką jakość usług z zakresu uzdrawiania, mimo mistrzowskich dyplomów z bioenergoterapii etc., żaden z nas nie stosuje wyuczonych na kursach technik, gdyż nie są one w stanie dorównać poznawanym przez nas technikom duchowym.

Jak się doskonalimy?

Pobieramy nauki w astralnym Mieście Oriin. Tak jak każdy człowiek zalicza kursy w tym wymiarze, tak i my robimy dokładnie to samo, przenosząc się duszą do miasta stworzonego przez naszych braci z wyższych wymiarów. I jeśli te słowa jeszcze kogoś szokują, to pragniemy dodać, że wielu z tych, co zawitało w nasze progi, prosząc o pomoc (o uzdrowienie czy o jakiekolwiek inne działania wspomagające), dzięki uwolnieniu ich energetyki i pasm duchowych z pętających moc kodów, zaczęło widzieć to samo co my i jak my potrafi już przekraczać mury Miasta Oriin. Jasnowidzenie, jasnosłyszenie, jasnoczucie i jasnowiedzenie nie są żadnym darem z naszej strony, ale są naturalną zdolnością ludzkiej duszy i ludzkiego ducha, która powoli rozkwita po zdjęciu karmicznych węzłów.

Jaki jest zakres naszych działań i konsultacji?

Proszę też zrozumieć, że nie wynosimy się ponad dobrych bioenergoterapeutów, a tacy są i skutecznie działają, choć nie należą do naszego bractwa, ale chcemy tylko dopowiedzieć, że zakres naszych działań obejmuje nie tylko ciało fizyczne, ale również energetyczne, egzystencjalne i przestrzenne. W tym nikt nam dorównać nie może, a jeśli ktoś sądzi inaczej, to proszę nam wskazać choć jednego człowieka, który tak jak my jednym skinieniem ręki potrafi wyeliminować opętanie, skasować wszelkie kody ukryte w DNA i wyczyścić jakąkolwiek przestrzeń (także nawiedzoną) z wszelkich niszczących człowieka wibracji, w tym żył wodnych czy tzw. sieci geopatycznej (?) Tego nie potrafi nikt, a skoro tak, to jest jednak pewna różnica w naukach ziemskich i tych płynących z zaświatów. Różnica mogąca zadecydować o waszym przetrwaniu.

Dlaczego już czas?

Nadchodzą czasy budzenia się zbiorowej świadomości, czasy, gdy ludzkie znieprawienie i systemowe oprogramowanie w coraz mniejszym stopniu będzie tłumić ludzką inteligencję, energetyczną moc i duchową ekspresję. Nie jesteśmy jedyną cząstką cywilizacji, która się w podobny sposób budzi, a budząc, chce pracować na rzecz pozostałej części naszej wielkiej rodziny, ale być może jedyną, która w tej chwili jest ci w stanie pomóc w odnalezieniu się w tym świecie: w odzyskaniu zdrowia fizycznego i psychicznej równowagi, w odbudowaniu więzi międzyludzkich jak i upadającej egzystencji. W jakim zakresie działamy, co jest przedmiotem naszego szkolenia się, możesz przeczytać w dziale „zakres konsultacji . W tym miejscu pragniemy tylko zaakcentować naszą obecność, jak i poinformować cię nie tylko o zakresie naszej pomocy, ale i o naszych własnych ograniczeniach, które stałą nauką w sobie minimalizujemy po to, by móc jak najefektywniej zadbać o twoje szczęście, o radość twojej rodziny, jak i o twoją i naszą wspólną przyszłość, która już niedługo będzie jednym i tym samym, zwiastunem nadchodzenia Nowego.

Bioenergoterapeuta czy uzdrowiciel duchowy?

Tak naprawdę jesteśmy ogniwem pośrednim między bioenergoterapeutą, a uzdrowicielem duchowym. Potrafimy dużo więcej niż jakikolwiek bioenergoterapeuta, ale w pewnych aspektach istoty ludzkiej nieco mniej, niż w pełni aktywny uzdrowiciel duchowy, a takich w całej Europie jest w tej chwili trzech, a na całym świecie jedenastu (VIII 2014). Trudno więc zakładać, że do nich dotrzesz. Poza tym kto powiedział, że nasza pomoc nie będzie wystarczająca? Może akurat dzięki nam stanie się dokładnie to, czego oczekujesz. Nasza przewaga nad bioenergoterapią polega też na tym, że działamy światłem, nie bioenergią, a więc mamy dostęp do każdej ludzkiej cząstki, a nie tylko do niektórych fragmentów ludzkich ciał, których w rzeczywistości jest aż dwanaście, z czego trzy już znacie: duszę, czyli siebie samych, ducha, z którym kiedyś mamy nadzieję się zespolić, i ciało fizyczne, nie wymagające komentarza.

Niewidzialne więc myślisz, że nie istnieje? Czy chcesz być nadal nieświadomy? Machina DNA: od niej wszystko się zaczyna.

Człowiek cały czas przebywa w niewidocznym środowisku energetycznym, które ma znacznie większy udział w kształtowaniu naszej rzeczywistości, niż można byłoby się tego domyślać. Myśli i emocje, a więc ludzka psychika, modyfikuje to środowisko za pomocą własnej energii i energii ciała egzystencjalnego, jak i podtrzymuje procesy biologiczne ciała fizycznego poprzez sterowanie energią komórkową (tę dopiero niedawno odkryła współczesna nauka). Mechanizm sterowania ludzkimi ciałami (powłokami dla wędrującej świadomości) ukryty jest w ludzkim DNA. Wypada tu dodać, że dla każdej z ludzkich powłok istnieją oddzielne szyfry, oddzielne nici DNA. Ciałem fizycznym steruje DNA fizyczne, duszą i ciałem egzystencjalnym - DNA energetyczne (wciąż niewidoczne dla mikroskopów), strukturą przestrzeni - DNA przestrzenne, ciałem duchowym - DNA duchowe itd. Każda z dwunastu powłok ma swoje sterowniki ukryte w odpowiednim łańcuchu DNA. Całą tę maszynerię DNA wraz z jej cieniem Stwórca trzyma w Macierzy. Dostępu do niej nie ma żaden bioenergoterapeuta, choć może on potrafić na jakiś czas zmienić DNA fizyczne. Inaczej wygląda to w przypadku działań energoterapeuty, gdyż działa on także w pewnych pasmach duchowych, które pozwalają mu eksplorować nie tylko obszar duchowy, ale energetyczny i subatomowy, a na tym ostatnim oparto właśnie całą ludzką biologię. I tylko on ma dostęp do wszystkich pół energetycznych, które kształtują ludzką istotę, „pól” z rożnych wymiarów. Problemem jest poziom Głębi, na jaki energoterapeuta, czy raczej adept uzdrawiania duchowego wejść potrafi.

Co więc z wpływem psychiki na otaczające ją pola energetyczne i odwrotnie?

Skoro energetyczna psychika kształtuje środowisko energetyczne, oznacza to również, że energetyczne środowisko ma na nią taki sam wpływ. To system naczyń połączonych. Jest to wyraźne widoczne w każdym przypadku nagłego obniżenia czy też podwyższenia wibracji w psychice, która sama jest jedną wielką energią, nadto energią potrzebującej stałej łączności z otoczeniem. Trudniej dostrzec te zależności, kiedy wpływ wrogich energii na psychikę jest rozłożone w czasie. Spadek jakości myślenia i postrzegania świata, rozchwianie emocjonalne i psucie się relacji międzyludzkich tłumaczone jest narastającymi trudnościami w życiu, chorobami, czy jakimikolwiek innymi czynnikami, które zaatakowany umysł próbuje uchwycić, by wszystko sobie wytłumaczyć. Trudno mu przyjąć, że za to wszystko odpowiedzialne jest coś, czego on nie widzi, że to właśnie spadek naszej osobistej mocy doprowadził do naruszenia wibracyjnej struktury przestrzeni. Zagadnienie to jest jeszcze bardziej rozbudowane, bo dotyczy przecież całego energetycznego ekosystemu, a ów swoją wielkością przypomina świat fizyczny, choć prawa go tworzące znacznie odbiegają od tego, co ludzie uznają za słuszne i prawdziwe. Bo jakże opisywać coś, co jest alogiczne i gdzie nie ma czasu i przestrzeni, a początek z końcem przygląda się procesowi między nimi zawartemu i z nich wynikającemu, gdzie nie istnieje inteligencja ani myślenie, a to wszystko razem przenika i modyfikuje to, co już dość poprawnie podlega ludzkiej interpretacji?

My, uzdrowiciele energetyczni, adepci uzdrawianie duchowego, wstawiani jesteśmy w takie stany po to, by odczuć i móc wytłumaczyć różnicę między postrzeganiem tamtego i tego świata. Dlatego rozumiemy, czemu ci, co nie widzą, nie słyszą i nie odczuwają tamtego świata, zakładają, że on nie istnieje, a więc i że nie ma on wpływu na ludzkie zdrowie i zachowanie. Idąc tym tropem łatwo dojść do wniosku, że Jezus i Budda to oszołomy, oszuści i chorzy psychicznie ludzie. Dlaczego w takim razie chodzili po wodzie i czynili cuda? Dlaczego my, adepci, skinieniem ręki potrafimy zrobić wiele z tego, co oni robili na co dzień?

Niewdzięczna ta nasza rola, bo wiedząc, jak prawda wygląda, widzimy też, jak ezoteryczny biznes oszukuje ludzi, jak prefabrykuje się prawdy i ludzkie potrzeby, a szukającym „ducha” wmawia się istnienie tego, czego nie ma. My wiemy, czym jest regresing, jak i to, że ledwie jedna na dwieście osób potrafi wejść jedynie w krótką chwilę swego poprzedniego wcielenia. Widzieliśmy osoby, które przełamały te granice i na zawsze straciły równowagę psychiczną. My widzimy, jakie energie pozytywnie kształtują ludzki obraz energetyczny, a jakie je niszczą, które artefakty (choć silnie odczuwane) dławią wręcz ludzką egzystencję, a które ją wspierają. Piramidy Horusa, ustawienia Helingerowskie itp. to oszustwo, które nic nie daje, jeśli człowiek nie zostanie oczyszczony i wyniesiony w pasma duchowe. A tego żaden mistrz z Indii czy z Afryki nie potrafi. Nasza wiedza przeczy wielu ugruntowanym poglądom i nie każdemu się to podoba. Prawda o ezoteryce i uzdrawianiu jest tak szokująca, że się z nią poza swoim kręgiem nie dzielimy. Oczywiście prócz tych jej „akapitów”, które służą utrzymaniu ludzkiego zdrowia i szczęścia, które pomogą uzdrawianym ludziom utrzymać oddech życia.

Jakie jeszcze są nasze umiejętnośći i co to właściwie są węzły karmiczne?

Prawda potrafi być też okrutna: żaden uzdrowiciel prócz działającego Duchem Świętym (działanie z trzynastego poziomu Głębi) lub z poziomu Ducha Świętego nie zdejmie nikomu węzłów karmicznych i pod pasma Stwórcy nie podłączy. Co gorsze, żaden z reklamujących takie usługi ezoteryków nawet nie wie, czym są węzły karmiczne, sądząc, że dotyczy to grzechów z poprzednich wcieleń, które utrudniają życie doczesne. Takiej czystki nawet Bóg nie robi, bo zniszczyłoby to ludzką duszę. Ona sama musi się w sobie wydźwignąć i na stałe poprawić. Gdyby Stwórca rzeczywiście to zrobił, to w następnym życiu niedoskonała dusza nadal by popełniała te same błędy i nie zdążyłaby się zmienić przed czasem swej energetycznej śmierci. Nie wspiąwszy się na wyższy poziom wibracji, gdzie zasilaniem jej funkcji życiowych steruje już układ duchowy (mocniejszy mechanizm), po prostu by zginęła. I proszę nie mówić o miłosierdziu i bożej łasce, bo one już wcześniej zadziałały, umożliwiając znieprawionej duszy oczyszczanie się na tej planecie. I co to za Ojciec, który bez zastanowienia się wspierałby dzieci mordujące swych braci, nagradzając ich zbawieniem od grzechów. W ten sposób utrzymywałby okrutny mechanizm faworyzowania cierpienia. Jezus wyraźnie wskazywał na takie błędy w ludzkim myśleniu.

Różnic w podejściu do życia, jego sensu i ochrony jest tak wiele, że nie ma co drążyć tematu. Naszym celem nie jest w tej chwili zmuszanie ludzi do radykalnej zmiany wewnętrznych przekonań, bo nie są na to przygotowani, ale pomaganie im w cierpieniu.

Jednak płaczemy, zwłaszcza wtedy, gdy widzimy, jak szukający pomocy ludzie obrabiani są przez ezoterycznych i kościelnych ignorantów. A płaczemy rzewnie, bo nad każdą ze stron: nad tymi, co z powodu niskich pobudek okradają swych braci, i nad tymi, co są okradani i ograniczani. Zakorzenione  zło i ignorancja nie przez przypadek się wzięły, lecz w poprzednich wcieleniach zostały wsączone przez siły, które rządzą energetycznym i fizycznym obrazem tej planety. Boli nas, jak upadają nasi towarzysze i inni nasi bracia, jak wygląda ten świat i wizja jego przyszłości. Boli nas każde znieprawienie i jak o nim mówią ci, co nic ku temu nie robiąc, na słowach o czystości i z nieprawieniu zbijają majątek.

Dlaczego może być lepiej?

Wiemy dużo, umiemy dużo, ale wciąż za mało, by zmienić ten świat. Wystarczy to jednak, byśmy próbowali pomóc tobie. Byś odzyskał zdrowie lub odczuł jego wyraźną poprawę, byś odzyskał blask traconej egzystencji lub ujrzał, jak się zmienia na lepsze. Ukażemy ci, jak możesz ty i twoja przyszłość wyglądać i jakie mamy szanse, by to dla ciebie zrobić.

A wtedy może przyjdzie dzień, gdy powiesz, że dobrze zrobiłeś, nam się powierzając. Nawet wtedy, gdy zrobimy ledwie część tego, co chciałeś, by ci uczyniono. Bo przemówi do nas nie chory fizycznie i kaleki psychicznie człowiek, ale istota ludzka, co - odblokowana – poczuje, kim jest i co może, która będzie już żyć nową wizją świata i siebie.

Nim powiemy jeszcze coś o sobie, drogi Czytelniku, pozwól, byśmy odsłonili przed tobą cząstkę prawdy o działaniu energią, a poprzez nią i bioenergią. Pomoże to ci lepiej nas zrozumieć, a także upewnić się, że znajdziesz tu to, czego szukasz…

 

Co to jest bioenergoterapia?

Bioenergoterapia – dziedzina paramedycyny zajmująca się leczeniem za pomocą energii emitowanej przez organizmy żywe. Tyle na temat definicji. Nie ma tu mowy ani o rodzaju przesyłanej energii, ani o poziomie jej wibracji, czy też o jej ujemnej, dodatniej czy neutralnej rotacji. To jak działanie niewiadomym z zamiarem leczenia. Jedno niewiadome jest metalowe, drugie na poły drewniane, trzecie twarde, choć kruche, jak kamień, czwarte ładne, ale do niczego, bo z papieru, a piąte nie istniejące, choć choremu wmawia się, że jest akurat odwrotnie, dzięki czemu - nieświadom mistyfikacji - sam uruchamia w sobie mechanizmy eliminujące chorobę fizjologiczną czy psychiczną dysfunkcję.

Wiedza o bioenergoterapii jest tak żenująco niska, że nawet sami zainteresowani nie za bardzo wiedzą, co się dzieje, gdy wyciągają ręce w stronę drugiego człowieka. Namnożyło się szkół, metod, sposobów i mistrzów uczących tego, co jest wciąż zagadkowe. Powstało tysiące technik opisujących stany, jakie trzeba w sobie lub w chorym organie wzbudzić, by zaistniały procesy uzdrowieńcze. Ponadawano sobie stopnie, szczegółowo opisano rytuały, uczestniczy się w bardzo rozbudowanych kursach, na których omawia się to, czego nikt nie pojmuje, ale co jakimś dziwnym trafem czasem potrafi przynieść pożądany efekt. A gdy to się w końcu uda, uzdrowiciel uczy potem swego niewiadomego innych, ani podejrzewając, że powinni oni swoje niewiadome uruchamiać inaczej.

Jedną z głównych przyczyn porażki bioenergoterapii jest niezrozumienie prostej zależności, że wchodząca w uzdrawianego energia ma przedrostek „bio”, a więc jest naładowana DNA dawcy. Zawiera więc w sobie zapisy jego charakteru, historii chorób, podejścia do świata czy naleciałości karmicznych.  To powiązanie jest bardziej niebezpieczne niż w przypadku transfuzji krwi, kiedy przetaczający ją człowiek nie tylko nic nie wie o grupach krwi, ale na dodatek sądzi, że nie ma żadnej różnicy między krwią ludzką, a zwierzęcą. Uznaje je za dobre, bo są czerwone i nie ścięte. Takie lekkomyślne podejście do sprawy rodzi poważne konsekwencje.

Czy wiesz, że zdrowy energetycznie to niemal całkiem zdrowy fizycznie?

Błędy popełnia też medycyna konwencjonalna, która nie przypuszcza, że 70% chorób ma podłoże energetyczne, a nie fizyczne, że za ich powstaniem kryją się pasożytnicze formy energetyczne, a nie bakterie i widoczne pod mikroskopem wirusy. Na domiar złego sprawcą ich umieszczenia w organizmie mogą być nie tylko energetyczne formy inteligentne, jak i sam poszkodowany, który obniżając przez stres własne wibracje, sam zaprasza je do udziału w swym biologicznym i psychicznym życiu. A ponieważ psychika to obszar myśli i emocji układających się w określony wzór, zwany popularnie charakterem lub postawą, nadto wzór energetyczny, to już niewielka zmiana wibracji w tym obszarze może wywołać stałą zmianę postawy, a więc podejścia do ludzi i świata. To wstydliwy problem paramedycyny, tak jak homoseksualizm w kościele, ale wyraźnie widoczny w zachowaniu ludzi, którzy walcząc z wrogimi energiami, ugięli się z czasem pod ich naporem, nierzadko płacąc za to utratą zdrowia, rozpadem związków partnerskich czy destrukcją egzystencji.

Jednak dla człowieka, a raczej dla duszy, bo nią jesteśmy w molochu istoty ludzkiej, największym ryzykiem jest wniknięcie w jej struktury obcego pakietu DNA, zawierającego aktywny przecież zapis DNA wewnętrznej i zewnętrznej przestrzeni uzdrowiciela lub innej, mocniejszej energetycznie osoby. W ten sposób kodują się, rozprzestrzeniają się nawiedzenia, stany chorobowe, wszelkiej maści doły energetyczne i pogrążona w chaosie energia psychiczna. Przyniesiona do domu, powoli pochłania związanych z zainfekowaną osobą ludzi i zaczyna ich niszczyć. A w tym jej rozprzestrzenianiu się nie przeszkodzą już jakiekolwiek zabiegi oczyszczające, gdyż siły sterujące atakiem są już z reguły odpowiednio do tego przygotowane. Całość operacji przypomina wówczas wojnę biologiczną, gdzie jedna ze stron zręcznie posługuje się wirusem, na którego antidotum sama posiada.

Ten sposób programowania wykorzystuje cały ezoteryczny biznes w Indiach, gdzie podczas inicjacji i medytacji prowadzi się ufających przewodnikom ludzi wprost na energetyczną rzeź. Wprowadza się do ich umysłu programy, które sterują potem myśleniem, a więc i dokonywaniem życiowych wyborów.

Czy dajecie się oszukiwać?

Nie zapominajmy przy tym, że na polu walki najpierw giną ludzie zachwyceni ideą braterstwa, którzy starają się innym pomóc, korzystając z energii, którą silnie w sobie odczuwają i posługiwać się nią uczą. Najszybciej padają egzorcyści, którzy bardzo szybko stają się łupem potężnych energii, wykorzystujących ich potem jako kanały przerzutowe do siania czarnej zarazy. Stąd bierze się wysoki odsetek osób opętanych, podłączonych i w jakikolwiek inny sposób niszczonych, które wcześniej korzystały z usług tzw. „uzdrowicieli i egzorcystów”. U dotkniętych „czarną ręką” upadek psychiczny i egzystencjalny nie zawsze jest widoczny od razu, najczęściej można to dostrzec dopiero po paru tygodniach albo miesiącach od chwili zabiegu. Rozwlekłość w czasie nie wynika ze zręczności sił siejących zarazę, bo one i tak bezceremonialnie doją ludzi, ale wynika z czasu, jaki jest potrzebny do przeprogramowania wewnętrznych i zewnętrznych pól energetycznych, w których funkcjonuje, w których pływa ludzkie DNA.

Nikogo nie szokuje już dziś zmiana w zachowaniu osób, których przejęła „ciemność”. Szybko  przestają przypominać znanych nam ludzi i stają się energetycznie niebezpieczni dla wszystkiego, co żyje. Zaczynają bezwzględnie programować i wykorzystywać odwiedzających ich klientów. Wielu z nich w opętaniu słyszy głosy i święcie wierzy w to, że płyną one od sprzyjającego ludzkości UFO, czy też z najwyższych poziomów duchowych, podczas gdy wszystko tak naprawdę rozgrywa się w ich umysłach i jest reżyserowane przez energetycznego agresora, agresora, który czyta w ludzkich myślach i który potrafi bezbłędnie dostrzec ludzkie potrzeby i sterować nimi w celu zwiększenia omamów. Wystarczy pod tym kątem przyjrzeć się ludziom tworzącym ezoterykę, by złapać się za głowę i dojść do wniosku, że chyba tylko małe dzieci zachowują resztki zdrowego rozsądku, bo dorośli nie tylko wierzą w kosmiczne bzdury, ale i szczycą się tym, że sami dobudowują ich fragmenty. Niestety, to dorośli decydują o wyglądzie tego świata, a nie dzieci. I to oni pozwalają na systemowe programowanie swoich pociech.

Wielokrotnie poruszałem ten temat na zebraniach bioenergoterapeutów, na przykładach wskazując zagrożenia, jakie w gabinetach czyhają na pacjentów, ale nic to nie dało, bo ripostowali to ludzie właśnie w stanach opętania funkcjonujący. Łyżką dziegciu było wykazanie, jak słabe i nieprzydatne jest czyszczenie przestrzeni po zabiegu, skoro sam uzdrowiciel nie przestrzega energetycznego i duchowego reżimu. Niestety, spotkałem się z brakiem zrozumienia, a razu pewnego jedna z oburzonych uzdrowicielek wykrzyczała, że ona doskonale wie, co robi, bo inaczej by w telewizji nie występowała. Zapomniała przy tym dodać, że ona, jak i wiele innych twarzy znanych z programów „ezo”, nieraz gościła w moich podwojach, będąc w totalnej rozsypce i pomstując na czające się wszędzie zło. Widać zmieniła zdanie, gdy doszła do siebie i gdy nauczyła się zręcznie „obrabiać” klientów. Pojąłem wtedy ostatecznie, że osoby zorientowane na karierę nigdy nie będą zainteresowane ludzkim szczęściem, choć właśnie mówienie o nim wykorzystują jako wabik na klientów. Tak działa niemal cały ezoteryczny i paramedyczny biznes.

Podam jeszcze jeden przykład opisujący ezoteryczną obłudę. Wszyscy wiemy, czym jest homeopatia. Bazuje ona na pamięci wody. Miast spożyć jakiś produkt, np. drogi specyfik leczniczy, wystarczy jego fragment umieścić w wodzie i poczekać, aż jego DNA napromieniuje neutralną ciecz. Neutralną tylko wówczas, gdy zostanie oczyszczona przez fachowca lub gdy będzie pochodzić ze źródeł naturalnych i w drodze do nas nie nasiąknie „brudną” energią (promieniującą na przykład ze skażonych energetycznie przestrzeni lub od ludzi przewożącymi pojemniki). Dodajmy przy tym, że stref neutralnych ponad powierzchnią ziemi nie ma, a fachowiec przeprowadza czyszczenie zawsze „własną” wibracją, nią przy okazji trwale nasączając wodę. O ile nie nosi on statusu świętego, otrzymamy wraz esencją wątpliwej jakości ładunek energetyczny, który najczęściej przemienia wodę w prawdziwy ściek. Ta sama historia powtarza się przy produkcji mandali, gdzie na rysunek czegoś tam twórca nakłada własne wibracje, promując swoją duchową doskonałość. Promieniowanie mandali tym bardziej jest wyczuwalne, im większa jest różnica potencjału między polem obserwatora, a polem wkodowanym w rysunek. Problem w tym, że nasz organizm nie posiada czujnika informującego o rodzaju emitowanej w przestrzeń wibracji, przez co atakowani ludzie nawet nie wiedzą, że dzieje się źle, bo doznają wzruszeń, które kojarzą z pozytywem.

Niejednokrotnie obserwowałem spazmy zachwytu na twarzach osób uczestniczących w misteriach, podczas których poddawano ich różnym inicjacjom, a one nawet nie domyślały się, że są podłączane pod wrogie, niszczące ich energetyczną wolność pasma. Gdy podłączający ma moc i wie co robi, wówczas w mózgu niewolonego człowieka pojawia się widoczna czarna plamka. To zjawisko niejednokrotnie filmowano, przy okazji poddając ostrej krytyce trzy plamki widoczne w mózgu królowej Anglii. Spotkało się to z ostrym komentarzem ze strony Iluminatów.

Prawa energetyczne wszędzie są takie same, dlatego masowe podłączenia zachodzą również podczas wszelkich zabaw z ludzkim biopolem (koncentracja, medytacja czy modlitwa), którego główną składową jest psychika i program nią sterujący, czyli umysł. Łatwo tu stać się ofiarą i nie móc z tego wyjść do końca życia. Czasem sam upadek życiowy jest najmniejszym złem, jakie może kogoś spotkać w wyniku energetycznej manipulacji. Gorzej, gdy rzecz idzie o duszę. Tracąc ją, tracimy samych siebie.

A może homeopatia?

Wracając do homeopatii. Gdy już cząsteczki wody nasiąkną cząsteczkami DNA leczniczej substancji, można ją pić spokojnie i to z niemal z takim samym skutkiem, jaki powoduje zażywanie oryginalnego preparatu. Pytanie tylko, dlaczego ów rozcieńczony produkt kosztuje więcej niż oryginał? Czyżby koszt uwzględniał energetyczną wkładkę osoby tworzącej esencję? Dlaczego ludzie je sprzedający nie podpowiedzą klientom, by kupili sobie paprotkę i odczuwali jej obecność podczas posiłków, dzięki czemu jej zbawienne fluidy przeniknęłyby nie tylko ich wodą wypełnione ciała, ale i na dodatek poprawiałyby jakość spożywanych produktów? Nie są zainteresowani bezinteresowną pomocą? A może po prostu o homeopatii mają tylko mgliste pojęcie? Ale skoro tak, to czy na pewno są właściwymi osobami, które powinny się tym zajmować?

Dlaczego przy tym całym swoim szeroko reklamowanym znawstwie ani słowa nie wykrztuszą o czarnej homeopatii, o tym że woda z kranu tydzień temu krążyła w toalecie Kowalskiego, że jeszcze wcześniej zaliczyła pranie u Jeziorskiego, a dwa dni później mył się w niej osobiście premier Polski? Co prawda oczyszczalnia ścieków chemiczne i biologiczne cząstki dość skutecznie wyłapuje, ale w ogóle nie ingeruje w jej skład energetyczny. Nawet najlepsze jonizatory i magnetyzery poprawiają energetyczne widmo zaledwie w połowie, z czego wynika, że co najmniej połowa energetycznej trucizny zawartej w krystalicznym strumieniu wciąż czyha, by nas zarazić odpadem i destrukcją. Osiem procent tej destrukcji przepuszcza nawet jej gotowanie. Nie trzeba mieć bujnej wyobraźni, by zrozumieć, że mycie się w wodzie po Kowalskim jest prawie tym samym, co wkładanie rąk do jego toalety czy też do brudnej wody w pralce Jeziorskiego. Tak dokładnie wygląda historia z homeopatią, którą tylko sporadycznie można nazwać białą i czystą. Najczęściej nie jest ona nawet leczniczą, bo z reguły mamy do czynienia z efektem placebo. Jezus o tym uczył już dwa tysiące lat temu. On wiedział, czym grozi rozprzestrzenianie się czarnej zarazy, jak niebezpiecznym jest przenoszenie zainfekowanego DNA. Przemawiał językiem tamtych czasów, mówiąc o świętym i złym duchu. Uczył najprostszej metody czyszczenia wody poprzez wykorzystanie mocy serca – podpowiadał, by się modlić podczas jedzenia, dzięki czemu jedzenie nabierało nowej wartości. Zapomniał przy tym dodać, albo zapomniano o tym napisać, uznając to za zbyteczne, by świętą czynić także wodę używaną podczas kąpieli. Dziś już wiemy, co było przyczyną udzielania takich rad i jaka wiedza stała za mistrzem.

Niestety, twórcy mandali, esencji i wszelkiej maści talizmanów i energetycznych rytuałów w ogóle nie mają pojęcia o prawach energetycznych i duchowych. Nie mają dostępu do takiej wiedzy, a jak złapią jej cząstkę, to tylko po to, by ukręcić własny interes. Stąd tyle tajnych stowarzyszeń rządzących tym światem. Proszę spojrzeć na kosmicznie drogie suplementy, które na etykiecie mają bardzo czytelnie przedstawiony skład: kalafior, brukselka i jakieś tam ziółko. A ludzie jak opętani to kupują i promują, choć za świeży i zdrowszy kalafior zapłacą sto raz mniej. Czemu tak się dzieje? No cóż, emitowany w przestrzeń program sprzedażowy robi swoje, podobnie jak czarna homeopatia.

Uzdrawiać każdy może?

Proszę teraz pomyśleć o bioenergoterapii, która to dopiero jest prawdziwym oceanem wiedzy i możliwości (molochem w porównaniu z kropelką wody zawłaszczoną przez homeopatią), po którym próbują żeglować ludzie mający nikłe pojęcie o żeglarstwie. Skąd więc biorą się jej znane efekty lecznicze? W 95% jest to efekt placebo, takie rytualne podejście do pacjenta, takie zręczne przekombinowanie, by on sam – wierząc w skuteczność uzdrowiciela – uruchomił w sobie mechanizm biologicznej i energetycznej stymulacji, dzięki czemu ukryte w jego własnym DNA procedury pod naciskiem jego własnej woli (ciśnienia) zmieniają wewnętrzną rzeczywistość organizmu i zewnętrzną pól psychicznych. Tak działa jeden z największych poznańskich oszustów, który za skromny zabieg bierze 800zł, jak i znany uzdrowiciel rosyjski, który stojąc przed kamerą, przemawia do milionów, licząc na to, że ktoś tam po drugiej stronie ekranu na dźwięk jego słowa i nimbu tajemnicy uruchomi w sobie to „coś”, co im obu przyniesie korzyść. Gdy się przemawia do milionów, to z rachunku prawdopodobieństwa musi wyniknąć cud. A potem, gdy komuś odrosną włosy, jak pewnej aktorce, to się ją potem latami obwozi po całej Rosji, jako żywy dowód ozdrowieńczych mocy. Żenada, pogwałcenie ludzkiej godność. Nikt nie wzmacnia wiary ludzi w to, że sam Stwórca umieścił w nich mechanizm samonaprawy, i nie uczy tego, jak go poprawnie uruchomić. Ale kto by wtedy na tym dobrze zarobił?

Tę prostą, ale dość skuteczną metodę przedstawiłem w „Rozszerzaniu świadomości. Warsztatach”.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku Jana od Boga, w którego duszę i ciało wstępują podczas chirurgicznych zabiegów duchy. To oni prowadzą jego rękę, gdy scyzorykiem wycina nowotwory i fragmenty nadpsutych organów. Ale poza tą krotką sekretną „chwilą” nawiedzenia jego lecznicza skuteczność jest mała i 94% przybyłych tam osób odchodzi z kwitkiem, nawet gdy ich dotyka dziesięć razy dziennie. On o tym wie, zna ten mechanizm i dlatego od lat podpowiada, by wykorzystać go jako przykład na to, że Bóg istnieje i przez każdego może przemawiać i czynić cuda, o ile zachowany zostanie pewien poziom energetycznej i duchowej przepustowości. Sam przy tym mówi o własnej niedoskonałości i się jej nie wstydzi.

Odwrotnie ma się rzecz z polskimi uzdrowicielami, którzy całą boską wiedzę już zgłębili i nawet ją masowo przekazują, ani podejrzewając, że są to jedynie ich własne rojenia, zlepki wizji opartych na zbieranej latami ezoterycznej wiedzy. Przemawiają, uczą, piszą książki (prace innych autorów przypisując sobie), starają się zajrzeć za kurtynę czasu i przestrzeni, podpowiadają i uzdrawiają, bo takie jest społeczne zapotrzebowanie, ale ich autentyczny wymiar fachowego przygotowania pozostawia wiele do życzenia. Brak im doświadczenia i autentycznej wiedzy, ale do tego żaden z nich się nie chce przyznać. Dopiero wgląd w ich akta ukazuje przerażającą prawdę o ich możliwościach, o tym że nawet znane osoby nie mają na swoim koncie żadnych medycznie potwierdzonych wyleczeń, a co najwyżej osiągnięty stan podleczenia i to przy ścisłej współpracy z medycyną konwencjonalną. Robi się bajzel na kółkach.

W naszym kraju zaledwie 2% uzdrowicieli robi to, o czym mówi, choć nie do końca wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Rozmawiałem z około dwudziestoma ludźmi, którzy mogą się poszczycić stałymi uzdrowieniami i niezłymi efektami w podleczaniu, i u każdego z nich ruchem bioenergii sterowały także pasma duchowe. Gdy się owe podkręciło, gdy się podpięło je pod wyższy poziom, skuteczność ich zabiegów nagle wzrastała, osiągając 3-procentowy poziom wyleczenia, 20-procentowy poziom podleczenia i 30-procentowy poziom poprawy stanu zdrowia w wyniku jednego działania, co jest wynikiem przekraczającym efektywność działań Jana od Boga czy Domacicza w przeliczeniu na „dotykanych” chorych. Jednak nie stoją za nimi media ani nie kieruje nimi potrzeba robienia kariery, tylko wrodzona chęć pomagania cierpiącym, dlatego nie jest o nich tak głośno. Nawet sami muszą się promować. Nadto to właśnie oni jako pierwsi są narażeni na atak niesprzyjającego im środowiska cechów, skupiających ludzi nic nie potrafiących, ale sterujących pracą tego środowiska. Osobiście znam ludzi, którzy za mówienie prawdy zostali nie tylko z tego środowiska wykluczeni, ale i z powodu zmowy i nagonki przestały pomagać innym, a nawet otarły się o sąd. Można się też spotkać z bezpośrednim użyciem siły, jak to zrobił jeden z katowickich bioenergoterapeutów, który po wyleczeniu przeze mnie kilku jego pacjentów próbował mnie osobiście pobić. Nie wieszam na nim psów, bo jako uzdrawiający poległ na polu walki z siłami ciemności, ale co mają zrobić ci, którzy w ogóle nie zdają sobie sprawy z energetycznych rozgrywek i poddają się jego zabiegom? Otwarte mówienie o takich przypadkach oznacza prawny konflikt, a cech prawdy w sądzie nie poprze.

Czakry... czakry... jak to było...?

Całość dotychczasowej wypowiedzi spuentuję jednym zdaniem: bioenergoterapeuci nie wiedzą, jak działa cały mechanizm uzdrawiania istoty ludzkiej. To jak z czakrami, które nie mają żadnego większego znaczenia w ocenie stanu energetycznego i duchowego człowieka. Wręcz przeciwnie, są jednym z najsłabszych jego ogniw. Jezus osobiście namaszczał ludzi (czytaj: zamykał tylne czakry), by ciemność nie miała do nich bezpośredniego dostępu, a każdy z czterech poziomów chrztu duchowego (nie kościelnego) zamyka kolejne od przodu. Nawet czakra serca zostaje w obszarze energii w końcu unieruchomiona. Działa ona tylko z poziomu ciała duchowego, ale tego żaden jasnowidzący jak dotąd nie odkrył. A przecież ani jeden z duchowych mistrzów nie posiadał czakr. To o czymś świadczy – o ezoterycznej niewiedzy.

Ezoteryka, czyli osobiste oświecenie?

Ezoterycy metodą prób i błędów starają się tylko tak ustawić własną energetykę, by móc wprowadzać zmiany w polach energetycznych innych ludzi. Zresztą sama nazwa „ezoteryka” oznacza poznawanie technik umożliwiających przejęcie kontroli nad drugim człowiekiem. Nic dodać, nic ująć. Nie przez przypadek wyrosła ona u boku kościoła i jego metody naśladuje.

Nawet ci uzdrowiciele, którzy mają już włączone widzenie tych pól, nie pojmują, jak i dlaczego zachodzą procesy, dzięki którym część ludzi wraca do zdrowia. Niektórzy zaczynają co prawda odkrywać, że kluczem do sukcesu nie jest konkretna wibracja, energia czy barwa, ale światło, które ma formę cząsteczkową i falową, a więc zawiera w sobie wszystkie stany, jakie występują we wszechświecie, ale wciąż nie znajdują odpowiedzi na to, jak zaprogramować owo światło, by robiło to, czego się od niego żąda. Mało kto dociekł, chyba że naprowadziły go na to wzmianki w świętych księgach, że  światło jest wszystkopostaciowe, wszystkomogące i że sterują nim pasma stwórcze, wykorzystujące instrukcje zawarte właśnie w ludzkim DNA. I bez sterowania nimi z poziomu Stwórcy zabawa w uzdrawianie nie przyniesie oczekiwanych zmian. To jak z Jezusową symboliką: w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, gdzie Ojciec jest odniesieniem do stałego mechanizmu stwórczego, syn do zbioru dyrektyw i instrukcji działaniowych, a Duch Święty symbolizuje praenergię, a więc tworzywo, z którego lepi się wszystko. Kto tę prawdę zaakceptuje, ten szybko zaczyna pojmować, że bez pracy nad sobą, bez uduchowienia się nie można osiągnąć znaczących efektów w leczeniu. Kontakt z siłami wyższymi musi zostać zaktywizowany, DNA uzupełnione, a dostęp do światła zwiększony (im większa harmonia, tym skuteczniejsze działanie). Gdy ten mechanizm zaczyna poprawnie działać, uzdrowiciel zyskuje wejście w całą strukturę istoty ludzkiej. Dotyczy to przede wszystkich widocznych jej cząstek: ciała fizycznego, psychiki, ciała egzystencjalnego jak i struktur przestrzennych, w tym i przyszłości. Uzdrowiciel duchowy potrafi jeszcze więcej, bo i operuje w płaszczyźnie duchowej, ale to już inna historia.

Jeszcze parę słów o naszym działaniu...

Nie będę się rozwodzić nad wskazywaniem różnic między bioenergoterapią, a leczeniem światłem, bo to nie czas na warsztaty, dodam tylko, że uzdrowiciel programujący światło potrafi leczyć wszystko, a nie tylko określone schorzenia. Uzdrowiciel leczący światłem może też zawsze podjąć leczenie po innym uzdrowicielu, bo nie istnieje tu konflikt interesów, gdyż zachodzącym procesem leczenia sterują dyrektywy zawarte w DNA, a owe tworzy Stwórca, a nie człowiek wedle własnego widzimisię. Tej niezależności pozbawieni są bioenergoterapeuci, którzy korzystają z określonych pól i którzy tylko na określone pola działają. Z tego powodu często dochodzi u ich pacjentów do konfliktu energetycznego, przypominającego konflikt serologiczny, gdzie podejmujący pracę po innym bioenergoterapeucie uzdrowiciel może doprowadzić nawet do zapaści energetycznej, a nierzadko i śmierci organizmu. Nawet działający podobnymi energiami uzdrowiciele mogą wejść z sobą w konflikt, o ile jeden z nich uruchamia wyjściową energię w sobie, a drugi w uzdrawianym ciele. Zresztą różnic jest tak wiele, że nie ma co tu męczyć tematu.

Ryzykowne jest także korzystanie z wielu uzdrawiających zabiegów w tym samym czasie. Nawet połączenie masażu z dźwiękiem może się zakończyć fatalnie, o ile zabiegi przeprowadzają ludzie posiadający różny potencjał energetyczny. To jak z lekarzami, do których na wszelki wypadek biegają zatroskane starsze panie, łącząc potem przepisane przez nich leki i wierząc, że to co obaj wymyślili, będzie lepsze od tego, na to każdy z nich wpadłby z osobna. W przypadku działania energią ryzyko powstania zaburzeń jest jeszcze większe, bo przenosi się nie tylko na ciało fizyczne, ale i na ciała energetyczne, a więc na psychikę i pola egzystencjalne. Masowe występowanie takich zagrożeń jest w ezoteryce owiane tajemnicą poliszynela.

Uzdrowiciele otwierają pola w sobie i w uzdrawianym człowieku w całym dostępnym im zakresie wibracji, pozwalając na jak pełniejsze uruchomienie instrukcji sprawczych we wspólnym DNA. Dlatego ich działanie nie ogranicza się do organizmu fizycznego, ale dotyczy także całego wewnętrznego i zewnętrznego obszaru energetycznego, jak i przestrzeni fizycznej, skąpanej przecież w energiach. Potrafią nie tylko skasować niemal wszystkie zagrożenia i uruchomić proces zdrowienia w ciele fizycznym, ale i poprawić DNA. Umiejętnie poruszają się także w strukturach przestrzennych – potrafią np. poprzez wstawienie tzw. Jasnej Płaszczyzny wyeliminować szkodliwe tło promieniowania geofizycznego. W przeciwieństwie do rozwiązań radiestezyjnych działanie Jasnej Płaszczyzny jest stałe i niezmienne, a przy okazji kasuje ona przecież wszystkie nawiedzenia i przejścia, czego żadne urządzenie techniczne zrobić nie potrafi. I kosztuje to tysiące razy mniej (a takie działanie wkalkulowane jest cenowo w każdą naszą usługę).

Utrzymanie wysokiej skuteczności działań wymaga jednak przestrzegania pewnych reguł energetycznych i duchowych, a tym nie każdy sprostać potrafi. Głośne są historie ludzi, którzy sprzeniewierzając się sobie i prawu duchowemu, z dnia na dzień tracili cały swój potencjał. Potem zawiedzeni chorzy wychodzili z ich gabinetów czując, że nic nie dostali. By takie odczucia w nich stłumić, pozbawieni mocy uzdrowiciele standardowo klientów programowali i inną przyczynę niepowodzeń wskazywali. W ten sposób były uzdrowiciel jeszcze bardziej się staczał, aż w końcu sam padał łupem ciemności. Przejęte przez ciemność gabinety przeistaczały się wówczas dość szybko w grobowe pułapki, do których chorych przywoływały ustawione już setki lat temu ezoteryczne i kościelne projektory. A ponieważ cała ciemność to jedna wielka inteligentna siła, biegła także w uzdrawianiu, to co jakiś czas wychodzili z takich gabinetów uleczeni ludzie, potwierdzając jakoby skuteczność przeprowadzonych tam zabiegów. Nikt nigdy nie sprawdzał, bo po co, jak toczyły się dalsze losy leczonych, czy następował nawrót choroby i czy życie nie biegło przypadkiem już innym torem. O tym wpisy w księdze rekordów nic nie wspominają, ale osobiście znam tak przerażające przypadki destrukcji i zejść, że nie odważę się ich tym miejscu przytoczyć, bo byłbym posądzony o stronniczość, a tak nie jest.

Nasza wiedza? Bezcenna. Trening? Bezustanny.

Wiedza Stowarzyszenia Energoterapeutów i Stowarzyszenia Uzdrowicieli Duchowych nie pochodzi z tego świata, choć i ten świat ma wiele do powiedzenia na temat przestrzeni energetycznych, tylko że informacje te są utrzymywane w tajemnicy i wykorzystywane przez tajne ugrupowania do rządzenia światem. My się tą wiedzą dzielimy bezpłatnie (a kosztowna to operacja, pochłaniająca przy tym wiele czasu i wysiłku), bo uważamy, że jest naszą wspólną własnością, ale wiemy też, że ona sama nic w człowieku nie zmieni, dopóki nie zacznie on nad sobą pracować i nie zechce wyrzec się swoich słabości, uprzedzeń i przyzwyczajeń. To jak z kulturystą, który za takowego się uważa, bo ma siłownię i stertę książek o sporcie, ale który ćwiczy w niej od święta i to pięć minut. Taki człowiek fizycznych mięśni nie rozwinie i nie zdejmie też ciężaru, jaki ugniata plecy zatroskanych, cierpiących ludzi. Członkowie stowarzyszenia ćwiczą, nie odpuszczają, a przyświeca im jeden cel: odtworzenie ideologii Edenu, gdzie człowiek pozostaje w jedności ze światem i drugim człowiekiem, gdzie współwłasność i współtworzenie kreuje świat, a nie konkurencja i oddzielenie. A wszystko po to, by jakiś systemowy oprawca nie zapukał kiedyś do waszych drzwi i nie kazał was rozstrzelać lub pogrążyć w mroku pustego, martwego trwania. Stowarzyszenie to zagrożenie pojmuje i swoją pracą próbuje mu zapobiec, ściągając z ludzi programy i kody, odblokowując przyszłość i ścieżki losu (to dwie różne rzeczy), uzdrawiając i dając szansę na lepsze jutro. Zwraca utraconą miłość lub wyrywa ofiary z rąk rodzinnego sadysty. Przywraca udręczonym jasność myślenia i moc po to, by mogli się w końcu złu aktywnie przeciwstawić. Robi co może: blokuje w ludziach niszczącą ten świat moc przeciwną, ogranicza złu szansę na sukces, a słabych i pozytywnych wyciąga z życiowego dołka, wzmacniając ich i nowym wzorem dekorując egzystencjalne przestrzenie. Leczy i egzorcyzmuje. Walczy o szansę bycia lekiem na całe ludzkie zło.

 

Nauka to potęgi klucz...

Stowarzyszenie Uzdrowicieli Energetycznych skupia w swoich szeregach ludzi, którzy gwarantują stałą jakość usług i wciąż się szkolą pod okiem przewodników duchowych. Kryteria są ostre i nikt nie może być uznany za uzdrowiciela, jeśli nie przejdzie rygorystycznego testu, jaki przeprowadza istota duchowa, która na czas oceny schodzi z wyższych wymiarów. Jasnowidzący dostrzegają wówczas postać, która nakłada dłonie na poddaną weryfikacji osobę, i słyszą jej głos. Przekaz dotyczy nie tylko umiejętności, bo te są ponadprzeciętne, ale i całości postawy ludzkiej, ze wskazaniem mocnych i słabych stron człowieka, który chce pomagać innym. Nikt, kto nie potrafi kontrolować energii, nie zyska aprobaty i w czasie nauki lub „duchowej choroby” nie może być aktywnym członkiem stowarzyszenia. Do tej pory na setki stale szkolących się osób zaledwie dwoje ludzi zdało test na uzdrowiciela duchowego i kilkanaście na uzdrowiciela energetycznego. Niemniej, jak wynika z praktyki, wkrótce to grono się powiększy i lista „pomagających” nieco się wydłuży. Lista ta jest płynna. Co miesiąc jest weryfikowana po to, by zapewnić wysoką jakość usług i by nikt, kto nie jest „czysty”, nie mógł powoływać się na stowarzyszenie, gdyż prędzej czy później doprowadziłoby to do utraty społecznego zaufania i jego upadku.

Niepokonani?

Życie jest trudne i niebezpieczne, a ścieranie się z energiami jeszcze bardziej przytłaczające, dlatego uzdrowiciel zawsze można zostać „uderzony” i „pokonany” przez niskie wibracje. Uginając się pod brzemieniem wrogich energii, choćby silnych ludzkich emanacji, uzdrowiciel zawsze może ulec rozchwianiu i osłabnąć psychicznie, stając się zagrożeniem dla ludzi, którym zamierza pomóc. W takich przypadkach na „czas choroby” zostaje on zawieszony w obowiązkach członka naszego stowarzyszenia, a jego imię zostaje zdjęte z naszej tablicy. Dla dobra całości nie możemy sobie pozwolić na to, by w okresie „zachwiania” ktokolwiek z nas kontynuował zabiegi. O zbyt wysoką stawkę tu idzie. W tym kontekście kwestie formalne i finansowe nie mają dla nas znaczenia i nie przytłumią nam wizji odradzającego się Edenu. Zrobimy co prawda wszystko, by „chorego” brata wydźwignąć z energetycznej zapaści i pomóc mu w powrocie do „zdrowia”, ale na listę Stowarzyszenia powróci dopiero wtedy, kiedy będzie mógł nas i siebie godnie reprezentować.

                                                                                               (Z.J.Popko)

 

… … …              

 

Emengen (Stowarzyszenie) Bioenergoterapeutów